Może to za szybko. Może nie jestem na to gotowa. Może za bardzo się spieszę. A może podświadomie się boję.
Dopiero kończę pierwszą klasę liceum, a już myślę o studiach. To nie tak, że myślę o tym od kilku dni, czy nawet tygodni. myślę o tym od momentu, w którym poszłam do nowej szkoły. Ledwie zaczęłam nowy etap w moim życiu i już chcę go kończyć, tym samym zaczynając następny. Zdecydowanie myślę za bardzo do przodu, czasem zapominając o tym co jest tu i teraz. To chyba nie jest dobre.
Wczoraj, gdy pisałam całoroczny test z języka polskiego, dostałam smsa. Dowiedziałam się z niego, że jedna z moich muko-koleżanek trafiła do Akademii Medycznej z ciężką odmą. Całe szczęście, że odczytałam wiadomość, dopiero gdy oddałam test, a nie przyszło mi do głowy, żeby przeczytać go wcześniej, bo inaczej chyba nic już bym nie napisała. Na tą wiadomość poczułam wielki smutek. Wręcz prawie się rozpłakałam. Powodem tej sytuacji była nie tylko wiadomość dotycząca koleżanki, ale także nieuchronnie zbliżającego się końca, którego ona niestety jest dużo bliżej ode mnie. Był to kolejny moment w moim życiu, kiedy to nie mogłam przepędzić myśli o nadchodzącej dużymi krokami śmierci. Nieprzyjemny temat? Wyobraźcie sobie, że mam dopiero siedemnaście lat, a codziennie wieczorem kładę się spać, nie mając pewności, czy obudzę się następnego ranka i często zastanawiając się nad tym ile czasu jeszcze mi pozostało. Być może właśnie dlatego tak mi się spieszy do realizowania własnych marzeń i celów. Chcę już napisać maturę i skończyć liceum, aby móc iść na wymarzone studia, a zaraz potem pracować w wymarzonym zawodzie. Brzmi to jak bajka. Pocieszam się myślą (i jednocześnie marzeniem, które mam nadzieję, że się spełni), że wytrwam jeszcze te dwa lata, bo przecież teoretycznie to bardzo mało, a potem w Polsce pojawi się już lek, o którym pisałam w poprzednim poście, i który umożliwi mi normalne życie. Ponadto do tego czasu będzie już w pełni gotowa kolej do Gdański i bez problemu będę mogła pójść na te studia. Ze zniecierpliwieniem czekam na ten moment.
Ale wróćmy do momentu, w którym dowiedziałam się o dolegliwościach koleżanki. Poczułam smutek, bezsilność, słabość wobec choroby. Wpatrywałam się w te kilka słów, które pojawiły się na wyświetlaczu mojego telefonu, a zwłaszcza na słowa ,,proszę o pomoc". Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Mogłoby się wydawać, że takie ciężkie sytuacje nie będą dla mnie większym problemem. Przecież jestem chora, na co dzień mam styczność z trudnymi sytuacjami. Nie sądziłam nigdy, że taka wiadomość tak bardzo mnie poruszy. Zawsze uważałam się za osobę odporną na smutne i trudne przeżycia. Tego dnia, chyba po raz pierwszy, uświadomiłam sobie, że jestem taka sama ja wszyscy i jednak nie potrafię poradzić sobie z czymś takim. Hamowałam łzy, tylko dlatego, że siedziałam w klasie pełnej uczniów. Uspokój się, wszystko będzie dobrze. Ona nie umiera i ty też nie. Ale dlaczego tak się dzieje? I co dokładnie się stało? Jak ona się czuje? Czy mnie też to kiedyś spotka? Chcę najpierw skończyć szkołę. Przecież mam plany na przyszłość! Ile jeszcze zostało mi czasu na ich realizację? Czy dotrwam do końca? I co mam zrobić? Jak będzie wyglądał koniec? Boże, przecież mam dopiero 17 lat! Nie mogłam przerwać potoku myśli, które było coraz bardziej czarne i nie napawające optymizmem. Zaczęłam się wręcz modlić o dzwonek na przerwą, albo chociaż, żeby koleżanka obok skończyła już pisać. Żebym mogła z kimś porozmawiać na jakiś inny temat i odciąć się od tych myśli.
Cały dzień chodziłam jakaś taka odrętwiała i nieobecna, chociaż to uczucie zmniejszało się z godziny na godzinę, abym mogła dopiero pod koniec dnia trochę się zrelaksować i wrócić do mojego "stałego" nastroju. Dzisiaj już wiem, że Kasia czuje się lepiej, a sytuacja została opanowana, jednak mnie nadal nie opuszczają myśli o śmierci i końcu.
Dopiero kończę pierwszą klasę liceum, a już myślę o studiach. To nie tak, że myślę o tym od kilku dni, czy nawet tygodni. myślę o tym od momentu, w którym poszłam do nowej szkoły. Ledwie zaczęłam nowy etap w moim życiu i już chcę go kończyć, tym samym zaczynając następny. Zdecydowanie myślę za bardzo do przodu, czasem zapominając o tym co jest tu i teraz. To chyba nie jest dobre.
Wczoraj, gdy pisałam całoroczny test z języka polskiego, dostałam smsa. Dowiedziałam się z niego, że jedna z moich muko-koleżanek trafiła do Akademii Medycznej z ciężką odmą. Całe szczęście, że odczytałam wiadomość, dopiero gdy oddałam test, a nie przyszło mi do głowy, żeby przeczytać go wcześniej, bo inaczej chyba nic już bym nie napisała. Na tą wiadomość poczułam wielki smutek. Wręcz prawie się rozpłakałam. Powodem tej sytuacji była nie tylko wiadomość dotycząca koleżanki, ale także nieuchronnie zbliżającego się końca, którego ona niestety jest dużo bliżej ode mnie. Był to kolejny moment w moim życiu, kiedy to nie mogłam przepędzić myśli o nadchodzącej dużymi krokami śmierci. Nieprzyjemny temat? Wyobraźcie sobie, że mam dopiero siedemnaście lat, a codziennie wieczorem kładę się spać, nie mając pewności, czy obudzę się następnego ranka i często zastanawiając się nad tym ile czasu jeszcze mi pozostało. Być może właśnie dlatego tak mi się spieszy do realizowania własnych marzeń i celów. Chcę już napisać maturę i skończyć liceum, aby móc iść na wymarzone studia, a zaraz potem pracować w wymarzonym zawodzie. Brzmi to jak bajka. Pocieszam się myślą (i jednocześnie marzeniem, które mam nadzieję, że się spełni), że wytrwam jeszcze te dwa lata, bo przecież teoretycznie to bardzo mało, a potem w Polsce pojawi się już lek, o którym pisałam w poprzednim poście, i który umożliwi mi normalne życie. Ponadto do tego czasu będzie już w pełni gotowa kolej do Gdański i bez problemu będę mogła pójść na te studia. Ze zniecierpliwieniem czekam na ten moment.
Ale wróćmy do momentu, w którym dowiedziałam się o dolegliwościach koleżanki. Poczułam smutek, bezsilność, słabość wobec choroby. Wpatrywałam się w te kilka słów, które pojawiły się na wyświetlaczu mojego telefonu, a zwłaszcza na słowa ,,proszę o pomoc". Nie miałam pojęcia co mam zrobić. Mogłoby się wydawać, że takie ciężkie sytuacje nie będą dla mnie większym problemem. Przecież jestem chora, na co dzień mam styczność z trudnymi sytuacjami. Nie sądziłam nigdy, że taka wiadomość tak bardzo mnie poruszy. Zawsze uważałam się za osobę odporną na smutne i trudne przeżycia. Tego dnia, chyba po raz pierwszy, uświadomiłam sobie, że jestem taka sama ja wszyscy i jednak nie potrafię poradzić sobie z czymś takim. Hamowałam łzy, tylko dlatego, że siedziałam w klasie pełnej uczniów. Uspokój się, wszystko będzie dobrze. Ona nie umiera i ty też nie. Ale dlaczego tak się dzieje? I co dokładnie się stało? Jak ona się czuje? Czy mnie też to kiedyś spotka? Chcę najpierw skończyć szkołę. Przecież mam plany na przyszłość! Ile jeszcze zostało mi czasu na ich realizację? Czy dotrwam do końca? I co mam zrobić? Jak będzie wyglądał koniec? Boże, przecież mam dopiero 17 lat! Nie mogłam przerwać potoku myśli, które było coraz bardziej czarne i nie napawające optymizmem. Zaczęłam się wręcz modlić o dzwonek na przerwą, albo chociaż, żeby koleżanka obok skończyła już pisać. Żebym mogła z kimś porozmawiać na jakiś inny temat i odciąć się od tych myśli.
Cały dzień chodziłam jakaś taka odrętwiała i nieobecna, chociaż to uczucie zmniejszało się z godziny na godzinę, abym mogła dopiero pod koniec dnia trochę się zrelaksować i wrócić do mojego "stałego" nastroju. Dzisiaj już wiem, że Kasia czuje się lepiej, a sytuacja została opanowana, jednak mnie nadal nie opuszczają myśli o śmierci i końcu.
Ta choroba zabija mnie od wewnątrz. Psychicznie i fizycznie. Chcę tylko dotrwać do końca z wysoko podniesioną głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz